Los Angeles

Rozległe, niskie, łączące piękno i brzydotę. Los Angeles to miasto najtrudniejsze do sklasyfikowania i oceny. Jedne z najlepszych plaż na świecie z jednej strony, jedna z najgorszych komunikacji miejskich z drugiej. Cudowne widoki z Griffith Observatory i tragiczne w Alei Gwiazd. Czyste i ekskluzywne wrażenia z Long Beach kontra tabuny bezdomnych, żyjące 100 metrów od willi milionerów. Miasto Aniołów w pigułce.

Venice Beach & Santa Monica

Jeśli Los Angeles ma swoją wizytówkę to nie jest nią ani Beverly Hills ani Hollywood, ale właśnie te dwa niesamowite miejsca i infrastruktura wokół nich. Szerokie plaże, kilometry żółtego piasku i wzburzony ocean, produkujący co kilka sekund wysokie i silne fale. Kapitalne miejsce do odpoczynku i jeśli chcecie zatrzymać się w LA to tylko w tej okolicy. Oczywiście ten diament nie jest wolny od rys. Szczególnie przy Venice Beach ujrzycie dziesiątki, jeśli nie setki bezdomnych zajmujących każdy skrawek cienia w okolicy. Kiedy rano wybrałem się pobiegać, po mojej prawej stronie stały piękne domy, a po lewej ludzie spali na materacu położonym na pasie zieleni. Przepych i nędza jeszcze nigdy nie były tak blisko siebie.

Venice Beach

Venice Beach, niedaleko której mieszkaliśmy, ma jeszcze jeden minus, którym jest Venice Beach Boardwalk. Największe skupisko odpustowego shitu, jaki w życiu widzieliśmy. Spacerując tam możecie kupić egipskie pamiątki rodem z kairskiego straganu, płyty aspirujących raperów nachalnie proponowane przez tych aspirujących raperów, marihuanę, obrazy, ubrania, jedzenie z prowizorycznego grilla, koszulki, afrykańskie statuetki bożków, flagi z Bobem Marleyem czy różańce. Na szczęście plaża rekompensuje wszystko!

Venice to ponadto masa knajpek, barów i restauracji, bo to tutaj toczy się nocne życie na wybrzeżu Los Angeles. Spacerując promenadą, ale też błądząc po okolicznych uliczkach, natkniemy się też na Muscle Beach, korty tenisowe, boiska do koszykówki, skate park, sławny podświetlany znak „Venice” czy legendarne kanały z pięknymi domkami i białym mostkami.

Santa Monica oddalona jest od Venice Beach godzinę spacerem, który bardzo polecamy. Zapominając na moment o bezdomnych czy odpuście, większość trasy jest malownicza, mijać Was będą ludzie z deskami surfingowymi i lokalsi na rowerach czy deskorolkach, dzięki czemu poczujecie prawdziwy klimat Kalifornii. Możecie po drodze kupić orzeźwiające napoje, ale lepiej zaopatrzyć się w nie wcześniej, bo ceny przy samej plaży są kolosalne. Za sześciopak 330ml piwa zapłaciliśmy pierwszego dnia $20, podczas gdy w zwykłym sklepie koło domu (5 minut drogi od plaży) to samo piwo kosztowało $10.

Santa Monica znana jest przede wszystkim z wesołego miasteczka położonego na molo. I o ile z większości atrakcji możecie śmiało zrezygnować, to polecamy Wam wsiąść na diabelski młyn. Widoki z niego zapierają dech w piersiach. Szczególnie ogromne wrażenie zrobią na Was jeśli, podobnie jak my, zobaczycie je pierwszego dnia pobytu. To świetne uczucie popatrzeć w tym niskim mieście na coś z góry 😉 Co ciekawe, na molo kończy się kultowa Route 66, łącząca Chicago z Los Angeles, dlatego pod znakiem możecie zauważyć kolejkę turystów, czekającą w kolejce do zdjęcia.

Widoki z diabelskiego młyna na molo w Santa Monica

Beverly Hills & Hollywood

LA jako miasto jednak rozczarowuje. Beverly Hills jest ładne, schludne i oczywiście przeraźliwie bogate. Na Rodeo Drive, najbogatszej ulicy w USA, można spotkać celebrytów, chodzących na zakupy do najbardziej znanych sklepów, ale jeśli nie dysponujecie podobnym budżetem to nic ciekawego tam nie porobicie. Fajnie jest cyknąć sobie fotkę po znakiem, ale co potem? Aleja Gwiazd w West Hollywood natomiast to największa porażka w historii naszych wyjazdów do Stanów. Nigdzie nie było tylu ludzi, nigdzie tak nie śmierdziało i nigdzie nie mogliśmy zrobić pół dobrego zdjęcia, bo jest tam po prostu brzydko i brudno. Doskonały przykład jak wyobrażenie o miejscu brutalnie zostaje skonfrontowane z rzeczywistością. W pojedynku niewypałów: Times Square > Aleja Gwiazd.

Griffith Observatory – inna perspektywa

By zrozumieć jak kolosalne jest Los Angeles wybierzcie się do Griffith Observatory, czyli punktu widokowego w parku narodowym. Odległość z West Hollywood jest już relatywnie niewielka, a w trakcie dnia można śmiało wspiąć się na sam szczyt. My wybraliśmy się Lyftem w nocy i było warto. Oczywiście aparat w telefonie nie podołał wyzwaniu, ale mimo wszystko jakieś tam kontury miasta uchwyciliśmy. Z obserwatorium będziecie mieli również bardzo dobry widok na znak Hollywood, ale tylko w dzień. Kiedy my tam byliśmy znak został oświetlony przez przelatujący obok helikopter, więc zaliczone 😉 Co ciekawe, w parku nie można pić alkoholu, o czym poinformował nas strażnik leśny, który ewidentnie nie miał co robić odkąd Miś Yogi przestał kraść kosze piknikowe.

Long Beach – szczypta Italii

Na urodziny Domi wybraliśmy się do Long Beach, gdyż w ramach prezentu chciałem zaskoczyć ją romantycznym rejsem gondolą po kalifornijskim wybrzeżu. Co ciekawe, początkowo mieliśmy skorzystać z innej firmy, bliżej naszego domku, ale na 2 tygodnie przed przyjazdem nastąpiły tam zmiany właścicielskie i na pewien czas zawiesili działalność. Nie mieliśmy więc innego wyjścia i ruszyliśmy w godzinną trasę Uberem do Long Beach. Korki w LA koło 16:00 były katastrofalne, ale szczęśliwie dojechaliśmy na czas i mogliśmy chilować w trakcie godzinnego rejsu po pięknych kanałach, popijając schłodzone wino. Gondolier przeszedł szkolenia w Wenecji, i mimo że po włosku nie mówił, to bardzo ładnie w tym języku śpiewał, tworząc wyjątkową atmosferę.

Marina Del Rey – świetna miejscówka

Z pośród wszystkich miejsc, w których mieszkaliśmy w Stanach, nasz domek w Marinie Del Rey był kapitalny. Po raz pierwszy nie mieliśmy wątpliwej przyjemności obcowania z karaluchami, a do samej plaży szliśmy dobre 3 minuty. Co ważne, był on lekko na uboczu, więc mieliśmy ciszę i spokój, ale do kanałów na Venice Beach czy ulicy z restauracjami dzieliło nas tylko 5 minut drogi. Codziennie chodziłem nam po kawę i bajgle, patrząc jak surferzy zjeżdżają się, by złapać poranne fale. Niedaleko nas była tytułowa marina, którą jednak widzieliśmy tylko na zdjęciach. Mieliśmy tyle planów i atrakcji, że prostu o niej zapomnieliśmy!

Bonfire

Jednym z marzeń Domi było ognisko na plaży, przy akompaniamencie dobrego drinka i czegoś do jedzenia. W LA udało nam się to marzenie ziścić dzięki bliskości do Dockweiler Beach, która wyekwipowana jest w paleniska. Korzystanie z nich jest darmowe i zdecydowanie Wam taką formę wolnego czasu polecamy. My wybraliśmy zestaw „piwo i hot dogi”, które sami przyrządziliśmy nad ogniem. Sama plaża jest bardziej brudna niż czysta, ale ciężko się dziwić, biorąc pod uwagę ile ludzi przyjeżdża tam imprezować. Koszt takiej zabawy to:
Jedzenie + picie: 30$
Uber w dwie strony: 40$
Zestaw do palenia (drewno, rozpałka, kijki): $10
Dockweiler Beach jest ponadto najlepiej położoną plażą, na jakiej byliśmy. Wystarczy rzucić okiem na zdjęcia, na które nie został nałożony żaden filtr.

Gdzie jadać

W naszym przypadku sytuacja była o tyle prosta, że restauracje wybieraliśmy w oparciu o lokalizację w jakiej się znajdowaliśmy. To nie Nowy Jork, że jak byliśmy raz w dobrej knajpie to szybko wsiądziemy w metro i np. za 25 minut znowu tam będziemy. LA jest tak rozległe, że czasem koszt dojazdu Uberem mógłby być wyższy niż sam obiad. Dzięki temu natknęliśmy się na kilka dobrych knajp i kilka takich, o których wolelibyśmy zapomnieć.

Polecamy Alcove Cafe niedaleko Griffith Park, gdzie jedliśmy pyszne kanapki. Świetną, choć droższą knajpą jest The Rose Venice przy Venice Beach. Tam najlepiej wpaść na brunch, napić się mimosy, a i możecie natknąć się na jakąś gwiazdę telewizji. Stolik obok naszego swoje śniadanie konsumował Saul Berenson z Homeland, czyli Mandy Patinkin. Dobrą pizzę zjecie w N10Restaurant, czyli restauracji którą prowadzi były piłkarz Juventusu – Alessandro Del Piero. Było to zdecydowanie najdroższa miejsce, w którym byliśmy, ale poznałem swojego idola z dzieciństwa, więc nie było tak źle 😉 Jeszcze lepszą pizzę z homarem zjecie tuż obok w Berri’s. Dobre burgery jedliśmy w sieciówce Islands oraz przede wszystkim w tanim, i dostępnym tylko w Kalifornii In-n-out. Na zdecydowanie gorsze oceny zasługuje Nighthawk Resturant, gdzie poszliśmy na urodzinowy lunch i nic nam nie smakowało czy Thomas Hamburgers, gdzie po posiłku było nam niedobrze.

Transport – bez samochodu zapomnij

Minusem mieszkania przy plaży jest fakt, że do centrum, a w zasadzie każdego z centrów, bo LA nie ma głównego ośrodka kumulującego swoje atrakcje, jest bardzo daleko. 40 minut Uberem i przy dobrych wiatrach $30 za podróż. Szczerze jednak woleliśmy mieszkać tuż przy plaży niż siedzieć w zatęchłym mieście i od święta jeździć zobaczyć ocean. Wybór zależy jednak od Waszych priorytetów. Na pewno jednak doradzalibyśmy wynajęcie auta, albo wyposażenie się w spory budżet na taksówki, jeśli podobnie jak my lubicie wczasy spędzać z drinkiem w dłoni, a nie z kierownicą. Odległości są ogromne! Nawet z Beverly Hills do West Hollywood jechaliśmy 20 minut. Dodatkowo na fatalną sytuację komunikacyjną wpływ mają dwa czynniki: korki w LA, które są legendarne, oraz brak transportu miejskiego. Oczywiście są autobusy czy metro, ale tak słabo zorganizowane, że nie dojedziecie nigdzie gdzie byście chcieli.

Podsumowanie

Mimo, że Los Angeles wypadło najgorzej w porównaniu do San Francisco czy San Diego, to i tak bawiliśmy się tam świetnie. Więcej niż na jedzenie wydawaliśmy na transport, ale to już wynikało z naszego życiowego postanowienia, by nie prowadzić po pijaku. LA ma piękne plaże, dobre restauracje, otwartych i wyluzowanych mieszkańców oraz przede wszystkim, niepowtarzalny klimat. Jest tam też okropny problem z bezdomnością, brud na ulicach i wiele brzydkich zakątków, nawet tak popularnych jak Aleja Gwiazd. Miasto Aniołów to miasto rozrywki i tam nie sposób się nudzić. W trakcie wakacji byliśmy w Disneylandzie i Universal Studios, ale o tym już w kolejnych wpisach. O ile nasze wakacje to 10/10, samo LA oceniamy góra na „6”.

P.S. Jak już kupować dom to przy kanałach Venice!

Los Angeles is 72 suburbs in search of a city.

Dorothy Parker

Ile to kosztowało

15 dni w Los Angeles dla dwóch osób:
Lot – 6200 zł (w dwie strony z Warszawy, przesiadka w Helsinkach)
Domek przy plaży – 8400 zł
Jedzenie – ok. 4000 zł
Uber/Lyft – ok. 4000 zł
Gondola w Long Beach – 600 zł

Opublikowane przez WhyistheRumAlwaysGone

Poznaliśmy się na studiach ponad 11 lat temu, od pięciu jesteśmy małżeństwem. Od tego czasu mieszkaliśmy w Lublinie, Krakowie i Warszawie. Zwiedziliśmy oba wybrzeża USA, byliśmy wspólnie w Anglii, Francji, Niemczech, Hiszpanii, Włoszech (milion razy), Austrii, Czechach, Rumunii, Finlandii, Egipcie, Tunezji, na Słowacji czy Ukrainie. Teraz polecieliśmy tam gdzie jeszcze nas nie było.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: