Featured

San Francisco

Dwa dni, które sprawiły, że zakochaliśmy się w San Francisco

Wielu ludzi odradzało nam podróż do San Francisco, mówiąc, że bród, smród i ubóstwo. Oczywiście nie przeczymy, że SF ma problem z bezdomnością i narkomanami, którzy panoszą się w dzielnicy Tenderloin i okolicach, ale… podczas dwudniowego pobytu tego po prostu nie widać. Nasze wspomnienia z tego miejsca są wręcz rewelacyjne i dzięki temu San Francisco plasuje się na drugim miejscu naszej listy najpiękniejszych miast USA. A dlaczego przeczytacie poniżej.

Golden Gate Bridge – crème de la crème

Myśląc o San Francisco pierwsza rzecz, która przychodzi Ci do głowy to ten piękny most, pokazywany w co drugim filmie katastroficznym. Wizytówka San Francisco i budowla godna miana jednego z cudów świata. Monumentalizm samego mostu plus jego położenie nad zatoką sprawiają, że jeśli masz szczęście to zobaczysz coś niesamowitego. Wspominamy o szczęściu dlatego, że… mostu często nie widać. Twoim największym wrogiem podczas wycieczki do SF nie będzie goniący cię z igłą narkoman czy horrendalnie wysokie ceny w hotelach albo restauracjach, ale mgła. Kiedy wylądowaliśmy, pierwszym punktem na naszej mapie był właśnie Golden Gate. Gdy przybyliśmy od strony południowej byliśmy lekko zdołowani, bo mostu po prostu nie było.

Przed przyjazdem obmyśliliśmy plan, by przejść przez most spacerem, ale rzeczywistość panująca na nim zasiała w nas ziarno niepewności. Widoczność jak na zdjęciach powyżej, a temperatura w okolicach 10-12 stopni. Wyglądało to jak zima w Krakowie w porze smogu, a nie jedno z najbardziej ikonicznych miejsc na świecie. Na szczęście podjęliśmy decyzję, że idziemy. Pół godziny drogi przez sam most, a następnie drugie pół godziny na plażę pod mostem. Z ręką na sercu był to jeden z najwspanialszych, o ile nie najwspanialszy spacer w naszym życiu.

Alcatraz, Chinatown, Palace Of Fine Arts, Pier 39, The Painted Ladies, Lombard Street, Cable Cars… – SF jest niesamowite.

Planując swoją wizytę chcieliśmy poświęcić cały pierwszy dzień na Golden Gate, a drugi… na to co zostanie. Myśleliśmy, że teraz będzie już tylko gorzej, ale byliśmy w błędzie. W Chinatown zjedliśmy niebywale ostrą, ale też niebywale smaczną noodle soup, przeszliśmy się przez Palace of Fine Arts gdzie kręcono sceny do filmu Twierdza. Uraczyliśmy się też winkiem, siedząc na wzgórzu z widokiem na szereg kolorowych, wiktoriańskich domów, czyli The Painted Ladies (intro do Pełnej Chaty – anyone?). Weszliśmy pod stromą Lombard Street (chociaż w SF wszędzie jest stromo!) i patrzyliśmy jak zjeżdżają z niej auta z prędkością 5 km/h, otoczone wspaniałymi kwiatami, drzewami i krzewami.

Na Pier 39 oglądaliśmy foki wygrzewające się na słońcu, spoglądaliśmy na Alcatraz z Fisherman’s Wharf, podziwialiśmy wysokie biurowce przy Union Square. Niezapomnianym przeżyciem była jednak przejażdżka tramwajem linowym linii Powell/Mason. Wsiadając koniecznie zajmujcie miejsce stojące na zewnątrz. Koszt to $7 od osoby, ale widoki i wiatr we włosach rekompensują ten wydatek.

Gorsza strona miasta – ceny

San Francisco jest jednym z najdroższych, o ile nie najdroższym miastem w Stanach Zjednoczonych. Widać to szczególnie w hotelach i restauracjach, więc warto zrobić wcześniej research, żeby nie pójść gdzieś pod wpływem chwili i „zabulić”. Domi znalazła pokój w Nob Hill Inn za 660 zł za noc. Hotel 3***, bez klimatyzacji, z widokiem na ścianę budynku naprzeciwko. Odległość między budynkami około metra, więc nasze zdziwienie po otwarciu okna było spore, bo sytuacja przypominała scenę z taniego sitcomu. Miejsce zdecydowanie nie dla osób z klaustrofobią, a fakt że za jedyne oświetlenie robiła lampka na biurku powodował, że czuliśmy się jak w krypcie. Sam hotel oferuje wyższy standard, ale ma to swoją cenę.

Podsumowanie

SF to pięknie miasto na krótką wizytę, z mocą atrakcji i ikonicznych widoków. Lot z LAX trwa 1,5h i kosztuje 900 zł za dwie osoby w dwie strony. Na miejscu w oczy rzuca się mieszanka kultur, a problem bezdomności w najbardziej bogatych dzielnicach jest znikomy. Dużo gorsze widoki widzieliśmy na Venice Beach, ale o tym napiszemy w poście o Los Angeles. Co jednak różni SF od LA to pogoda. Może to ciągle Kalifornia, ale kilmat jest tutaj zupełnie inny i przeskok z 30 stopni na Santa Monica, na 20 w SanFra i 10 na Golden Gate to lekki szok dla organizmu.

The coldest winter I ever spent was a summer in San Francisco

– Mark Twain

Wielkim plusem jest to, że odległości między landmarkami są spokojnie do pokonania na piechotę, ale musicie pamiętać o stromych ulicach. Podczas spacerów miasto da Wam w kość, ale będziecie zadowoleni, bo naprawdę warto wspinać się po tych uliczkach. Ceny Ubera jak na USA są w normie. Z mostu Golden Gate do hotelu pojechaliśmy za $18. Droższa jest podróż z lotniska do centrum, bo trzeba zapłacić około $32 w jedną stronę.

Ile to kosztowało

Dwa dni w San Francisco dla dwóch osób:

Lot – 900 zł (w dwie strony z LAX)
Hotel – 660 zł (jeden nocleg ze śniadaniem)
Uber – 450 zł (5 przejażdżek)
Tramwaj – 55 zł (1 przejażdżka)
Restauracje – 500 zł (dwa obiady + lunch)
Picie prosecco na plaży z widokiem na Golden Gate – bezcenne (nie licząc $10 za butelkę)

Weźcie jednak pod uwagę, że głównie chodziliśmy na piechotę, jedliśmy w tańszych knajpach i wybraliśmy najtańszy hotel w okolicy.

Singapur

Singapur to prawdziwy tygiel kulturowy, religijny i kulinarny. Łączy ze sobą futurystyczne, finansowe centrum, bardziej tradycyjne i biedniejsze przedmieścia, niewspółmierne do wykroczeń kary oraz czystość, której próżno szukać w innych azjatyckich państwach. To państwo-miasto imponuje praktycznie na każdym kroku i sprawia, że człowiek po prostu chce tam wrócić. Singapur jest też wspaniałą namiastką Nowego Jorku, którego przypomina swym rozmachem i którego chciałby dogonić. Jeśli marzysz o wyprawie do NYC, ale fundusze pozwalają ci „tylko” na Singapur to radzimy szybko pakować walizki. Warto!

Marina Bay Sands

Hotel który stał się wizytówką całego kraju. Ogromy statek położony na trzech wysokich budynkach, balkony pokryte bujną roślinnością i niesamowity widok na tutejsze Downtown. Marina Bay Sands robi wrażenie za dnia, ale to w nocy cieszy oko najbardziej kiedy nadaje całej okolicy niesamowitego klimatu. Nie zatrzymaliśmy się tam z oczywistych przyczyn finansowych, ale musieliśmy wjechać do Sky Baru na 57. piętrze w trzecim budynku (patrząc od strony zatoki ten po prawej). Wejście do godziny 21:00 było gratis, ale musieliśmy kupić coś w barze. Dwa razy Cuba Libre i byliśmy o 140 zł ubożsi, jednak widoki rekompensowały tę budżetową niedogodność.

Gardens by the Bay

Kolejny z symboli miasta, czyli futurystyczne ogrody z pięknie podświetlonymi, ogromnymi drzewami. Było to miejsce, które odwiedzaliśmy najczęściej, gdyż klimatyczne ogrody w połączeniu z bliskością imponującego Downtown i pokazami świateł były na tyle magiczne, że człowiek wpadał tam w swego rodzaju trans. Wejście na wyższy poziom ogrodów (skąd jest lepsza widoczność na cały park) jest płatne, dlatego my zdecydowaliśmy się zostać bardziej przy ziemi i wcale tego nie żałujemy. Gardens by the Bay zwiedziliśmy z każdej możliwej strony i napawaliśmy się niesamowitymi widokami praktycznie bez ograniczeń. Oprócz imponujących drzew warto zwrócić uwagę na zmieniające kolory jajka w stawie, Cloud Forest czy oryginalną sztukę. Wchodząc na teren zatoki singapurskiej człowiek przenosi się do innego świata.

Merlion & Downtown

Imponujący posąg w kształcie głowy lwa, wypluwający ze swej paszczy wodę, dzięki czemu przypomina fontannę, to symbol całego Singapuru. Oddalony jest od Mariny o około 20 minut piechotą i mimo że nie jest największą budowlą w okolicy, to łatwo traficie na niego widząc skupisko turystów. Merlion nadaje całemu Downtown azjatyckiego klimatu i przypomina ci, że może wydaje ci się, że to Nowy Jork, ale tak naprawdę ciągle jesteś na Dalekim Wschodzie. Z niewielkiego mostu przy Lwie rozpościera się wspaniały widok na całą zatokę, czyli singapurski skyline czy Marinę Bay Sands.

Co ciekawe, odległości w samym centrum są bardzo małe i wszędzie uda się Wam dostać spacerem. Nawet Downtown, mimo że imponujące, jest tak naprawdę malutkie i dość szybko ogromne budynki ustępują miejsca niskiej zabudowie, lokalnym sklepom czy punktom 7Eleven. Zamiast wydawać niepotrzebnie kasę na taksówki wystarczy się przejść, a człowiek i tak zobaczy wszystko to co chciał. Zresztą nie oszukujmy się, jadąc do Singapuru to właśnie atrakcje nad zatoką cieszą się największą popularnością.

Sentosa

Sentosa to wyspa na samym południu kraju, do której możecie bez problemów dojechać metrem, a w zasadzie do mostu, który łączy ją z lądem. Poruszając się po wyspie od razu rzuca się w oczy zmiana scenerii. Bujne lasy przypominające dżungle, pełno parków rozrywki i aquaparków, imponujące wzniesienia czy nawet… sztuczna plaża wybudowana tylko dla podniesienia poziomu życia Singapurczyków. Na samym południu sztucznej wyspy znajduje się nawet tabliczka: „Wysunięty najbardziej na południe punkt kontynentalnej Azji”. Dalej już tylko Indonezja i Australia.

Na Sentosie jest też bliski naszemu sercu Universal Studios, ale tym razem nie skorzystaliśmy z tej przyjemności, gdyż sprawdziliśmy, że dostępne atrakcje nie umywają się do tych w Los Angeles, czy przede wszystkim w Orlando. Chodzenie po całej wyspie zajęło nam cały dzień i nie żałujemy, że wybraliśmy się na tę wycieczkę. Wyciszenie się od zgiełku wielkiego miasta i zagłębienie się w tutejszej naturze (choćby i tej sztucznej) to miła zmiana klimatu. Jeśli jednak chcecie naprawdę odpocząć i się wyciszyć to koniecznie w…

Ogrody Botaniczne

Absolutnie darmowa rozrywka i to rozrywka w najlepszym wydaniu. Wielki i imponujący tropikalny park pośrodku miasta. Multum zbiorników wodnych, palm, bujnej roślinności, klimatycznych miejsc gdzie możecie usiąść na ławeczce, muszla koncertowa z rzeźbą Chopina czy Ogród Orchidei (5 dolarów singapurskich od głowy za wejście). Jest gdzie się opalać, jest też gdzie uciec od słońca i zjeść piknik na dużej polanie. Balbao Park w San Diego miał być równie imponujący co Central Park, a nie wytrzymał nawet najmniejszego porównania. To właśnie Ogrody Botaniczne w Singapurze są najbliższe ideałowi, jakim jest w naszych oczach nowojorski park. Brakuje im odniesień do popkultury czy amerykańskiego skyline’u, ale jest to absolutny must see!

Arab Street, Chinatown, Little India

Tygiel kulturowy, o którym wspomnieliśmy najlepiej widać spacerując po etnicznych dzielnicach miasta. Arab Street to znana nam z wcześniejszych wizyt na Bliskim Wschodzie typowo muzułmańska okolica, z tym wyjątkiem że pozbawiona piachu i tak czysta, że aż lśniąca. Zdecydowanie polecamy wybranie się tam na spacer, gdyż Singapurczycy pokazują co można by osiągnąć np. w Egipcie przy bardziej restrykcyjnym prawie i zachowaniu czystości. Zdecydowanie gorzej wypada Little India, która stawiając sprawę uczciwie jest jednym wielkim pierdolnikiem, bez wyraźnego centrum, ani imponujących budowli. Ciekawe jest to, że 15 minut po spacerowaniu wśród muzułmanek w burkach, znaleźliśmy się wśród tabunu Hindusów z charakterystycznymi kropkami na czole.

Największy rozmach ma Chinatown, ale trudno się temu dziwić biorąc pod uwagę ilu ludzi pochodzenia chińskiego mieszka w Singapurze. Zbliżający się Nowy Rok Chiński (Rok Szczura) spowodował, że na każdym kroku towarzyszyły nam świąteczne dekoracje, nadające okolicy klimatu. Co istotne, Singapur zyskał niepodległość w 1965 roku (jest w wieku naszych ojców!) i widać, że mając pieniądze i budując od zera można skutecznie udoskonalać zachodnie koncepty urbanistyczne. Szczególnie kiedy nie mówimy o renowacji bądź dopasowywaniu budynków do istniejącej architektury, ale zaczynaniu budowy od czystej kartki papieru, albo jak w przypadku Singapuru – od bagien i mokradeł.

Gdzie jeść? Gdzie mieszkać?

Dobre i tanie jedzenie znajdziecie albo na ulicy Geylang (gdzie jest sporo tanich hoteli) albo w popularnych w całym Singapurze Hawker Centre. Tych ostatnich jest około 8 rozrzuconych w całym mieście (nawet w Downtown) i właśnie tam zjecie dobre posiłki za 3-5 dolarów singapurskich (9-15 złotych). Sam Singapur jest niestety drogi, dlatego takie miejsca są dla turystów darem z niebios. Warto jednak pamiętać, że mówimy ciągle o tyglu kulinarnym. W Hawker Centre znajdziecie czasem nawet 200 stanowisk z jedzeniem, ale będzie tam naprawdę wszystko. Kuchnia singapurska (chicken rice – polecamy szczerze!), tajska, malajska, indonezyjska, japońska, turecka, koreańska, chińska czy wietnamska. Gorzej, że większość z nich nie jest odpowiednio opisana, więc w większości przypadków bierzecie to, co ładnie wygląda na obrazku.

Nasz hotel mieścił się tuż przy Geylang i bardzo go sobie zachwalamy. Ibis Budget był malutki, ale czysty i jak na Singapur tani. Co ciekawe, w przeciągu miesiąca dwóch naszych znajomych również było w Mieście Lwa i obaj zatrzymali się na tej samej ulicy, ale w innych hotelach. Jak tanio i pewnie to najlepiej właśnie tutaj, ale musicie też wiedzieć, że ta okolica znana jest również ze sporej liczby… domów publicznych.  

Jak się poruszać?

Tam gdzie możecie idźcie spacerem bo zobaczycie wiele świetnych rzeczy i miejsc. Jednak mimo, że Singapur jest relatywnie mały, to sporo czasu trzeba by poświęcić na przejście go w całości. Wtedy pomocną dłoń podaje Wam niesamowite metro, czyli najsprawniej działająca, najczystsza i najlepiej wyglądająca sieć podziemnych pociągów, jaką w życiu widzieliśmy. Kluczem z punktu widzenia oszczędności jest zakup EZ-Link Card, na którą nabijacie sobie kolejne dolary, by jeździć po całym kraju (jak to brzmi!). Zwykły bilet może kosztować 3,5 dolara, ale dzięki karcie tę samą trasę pokonacie za max 1,5. EZ-Link Card kupicie w biurze informacyjnym, które mieści się na każdym przystanku metra. Kosztuje 10 dolców, z czego 5 kosztuje sama karta (którą potem możecie zwrócić i dostać te $5 z powrotem), a za drugie pięć możecie śmiało podróżować.

Fine City

Czyli dobre miasto, ale też miasto kar. Grzywny i kary w Singapurze obrosły legendą, ale zdecydowana większość z nich to prawda. W czasie naszego 5-dniowego pobytu problemów z prawem nie mieliśmy, ale też staraliśmy się stosować do miejscowych rozporządzeń. Na przykład takich:

– zakaz żucia czy posiadania gumy (takową może przepisać tylko lekarz)
– zakaz picia czy jedzenia w metrze (kara to 500 dolców)
– zakaz chodzenia po mieszkaniu nago (przy odsuniętych zasłonach, sąsiad może na ciebie naskarżyć)
– zakaz oddawania moczu po godz. 22 na stojąco (jest to zakłócanie ciszy nocnej)
– kara śmierci za posiadanie narkotyków, jakichkolwiek

Nas najbardziej zabolało jednak, że sprzedaż alkoholu była wstrzymywana od godz. 23 (w dni pracujące) i od 21 w weekendy. Oznaczało to, że nie mogliśmy kupić sobie piwa w 7Eleven, mimo że spóźniliśmy się jakieś 5 minut. W knajpie to inna historia, zakaz nie obowiązywał, ale ceny były z kosmosu. Jedno piwo potrafiło kosztować więcej niż dwa dania.

Podsumowanie

Singapur jest przepiękny i futurystyczny. Technologia w nim dostępna powodowała, że szczęki nam opadały, a po USA nie wydawało nam się to możliwe. Rejon zatoki to miejsce wyjęte z książki science-fiction i przebywanie w tej lokalizacji przyprawiało nas o gęsią skórkę. Cenowo wyglądał lepiej od Nowego Jorku, zarówno pod kątem metra, jak i hotelu. Jedzenie jest smaczne (jeśli wiecie co zamawiacie) i tanie (jeśli wiecie gdzie zamawiacie). Najgorzej było z alkoholem, który był horrendalnie drogi, co zaraz zobaczycie na naszym wykresie.

Płatność kartą jest dostępna głównie w centrum, ale poza nim pamiętajcie, że to ciągle Azja i gotówka nadal króluje. Co ważne, jeśli przyjedziecie do Singapuru to po odprawie na lotnisku powinniście: 1. Wymienić pieniądze 2. Kupić EZ-Link Card 3. Kupić kartę SIM. My zrobiliśmy to dopiero drugiego dnia, co trochę związało nam ręce na starcie. Dostępność darmowego WiFi jest spora, ale jeśli chcecie zwiedzać i mieć zawsze neta to bez tego ani rusz. Polecamy też aplikację, która pomagała nam przy planowaniu wycieczek po mieście.

Singapore has been incredibly well-managed. It was created out of the swamp, with a strong emotional idea: a safe place for mostly Chinese, but accepting other cultures and other races.

Nicolas Berggruen

Ile to kosztowało?

6 dni w Singapurze dla dwóch osób:

Lot – 4300 zł (z Warszawy, przez Dubaj, w jedną stronę)
Hotel – 885 zł
Reszta poniżej:

Universal Studios Hollywood

Pamiętając o niesamowitej frajdzie jaką mieliśmy w Universal Studios Orlando, wybraliśmy się do siostrzanego parku u stóp Hollywood Hills. Było ok, ale do poziomu atrakcji we Florydzie było im jednak daleko. Universal w Los Angeles jest sporo mniejszy i przez to wiele landów jest dużo uboższa. Na nowej przejażdżce, Jurassic World, bawiliśmy się jednak przednio!

Jurassic World

Universal idzie z duchem czasu, także niektóre stare atrakcje zastępowane są nowymi. Tak było w przypadku Jurajskiego Parku, który ustąpił miejsca nowszej wersji, czyli Jurassic World. Była to zmiana na plus, gdyż ten ride był naszym ulubionym podczas całego pobytu w parku i przejechaliśmy się na nim 4 razy.

Ucieczka przez dinozaurami, z parku który został przez nie przejęty, daje sporo radochy. Mimo, że Jurassic World to tak naprawdę unowocześniona wersja swego poprzednika, to wprowadzone zmiany działają. Jest bardziej nowocześnie, iluzję się kupuje, a połączenie ekranów z „żywym” filmem HD oraz animatroniki daje efekt godny pozazdroszczenia. Nie jest to na pewno kino 7D oferowane w Zakopanem czy nad Bałtykiem.

Mini Hogwart

Podczas wizyty w Orlando największe wrażenie zrobił na nas świat Harry’ego Pottera. Nie dziwi więc, że przybywając tutaj mieliśmy co do niego największe oczekiwania. Oczekiwania, których nie dało się spełnić. Świat czarodziejów w Hollywood to dwie przejażdżki: 3D w Hogwarcie i Hagrid’s Magical Creatures Motorbike Adventure, która trwa… 60 sekund. Jest również dostępne miasteczko Hogsmeade, ale to tyle. Brak ulicy Pokątnej ze swymi niesamowitymi atrakcjami, brak Banku Gringotta, King’s Cross czy Hogwart Express. Zamiast prawdziwego, jeżdżącego pociągu mamy tylko jego nieruchomą replikę. Fani Harry’ego chcący zaznać pełnego spektrum emocji muszą jechać na Florydę.

Strasznie krótka przejażdżka, ale widoki ładne

Studio Tour

Universal reklamując swój godzinny Studio Tour używa słów „world famous”. Co więcej, czytając recenzje z pobytu w parku, wiele osób wychwalało właśnie tę atrakcję. I do końca nie wiemy dlaczego. Fajnie było zobaczyć Bates Motel, miejsce gdzie kręcą Brooklyn 9-9 czy The Good Place, albo wrak samolotu, który Spielberg wykorzystał w Wojnie Światów. Miłą niespodzianką było spotkanie z rekinem ze Szczęk. Podsumowując jednak ta godzina była lekką stratą czasu i na pewno nie skorzystalibyśmy z tej atrakcji po raz drugi. Co gorsza, będący na Florydzie autonomiczną przejażdżką King Kong, jest tutaj tylko częścią touru, tuż obok mocno przeciętnych Fast & Furious. Dzieję się to tylko z niekorzyścią dla odwiedzających.

Lepiej wyjdźcie z wody

Walking Dead, Kung Fu Panda, Wodny Świat i cała reszta

Strachu najedliśmy się z Walking Dead, gdzie musieliśmy przebiec przez skrzydło szpitala, podczas gdy zza każdego rogu wyskakiwali zombie (świetnie ucharakteryzowani aktorzy). Słyszeliśmy mieszane opinie, ale nam podobało się bardzo. Po pierwsze szybko wczuliśmy się w klimat horroru, a po drugie szliśmy w grupie 10 osób, ale jako pierwsi. Każda niespodzianka na trasie straszyła nas najpierw i nie mogliśmy się przyzwyczaić do zbliżającego się niebezpieczeństwa jak inni.

Miłą niespodzianką było Kung Fu Panda, czyli projekcja kinowa 4, 5 czy ileś tam D. Shrek w Orlando było zdecydowanie najgorszą atrakcją, także cieszyliśmy się, że ta jest bardziej angażująca i z lepszymi efektami. Film, którego jesteśmy częścią, wyświetlany jest nie tylko na ekranie, ale również na ścianach i fotelach. Konsensusu wśród nas nie ma przy Wodnym Świecie, czyli show który trwa 20 minut. Ja byłem pod wrażeniem gry aktorów i efektów specjalnych, w tym wybuchów. Domi wolałaby być wtedy gdzie indziej.

Podsumowanie

W Hollywood było też kilka atrakcji powielonych z Orlando i stały na tym samym, dobry albo bardzo dobrym poziomie. Transformers to przednia zabawa, Simpsonowie są jak zwykle szaleni, a Mumia podobała mi się nawet bardziej tutaj. Nie sposób jednak nie zauważyć, że Universal na zachodnim wybrzeżu jest słabszym parkiem niż na wschodnim. Na plus działa jego oryginalna konstrukcja i umiejscowienie na dwóch piętrach, ale zbyt wiele atrakcji brakuje bądź zostało uproszczonych, by móc cieszyć się w pełni z wizyty w parku. Bawiliśmy się dobrze, ale Orlando > Hollywood, zawsze!

Ile to kosztowało

1 dzień w Universal Studios Hollywood, dla dwóch osób:

Uber: 200 zł (przyjazd z Marina Del Rey i z powrotem)
Bilety: 1500 zł (kupiliśmy bilety Universal Express, by nie stać w kolejkach, zwykłe bilety dla dwóch osób to koszt 900 zł)
Jedzenie: 300 zł (jedliśmy na straganie: hot dogi popijane piwem jak na zdjęciu powyżej, oraz w jadalni Jurassic World: udka z kurczaka)

Universal Studios Orlando

Jeśli będziecie mieli jedną okazję w życiu, żeby wybrać się do Universal Studios koniecznie pojedźcie do Orlando na Florydzie. Tamtejszy park jest prawie 2 razy większy niż ten w Los Angeles, a to oznacza o wiele więcej atrakcji. W Kalifornii byliśmy na kilku przejażdżkach po parę razy. Dlatego, że nam się podobały, ale też dlatego że co innego mieliśmy robić? Największą różnicę widać porównując świat Harry’ego Pottera. Na wschodnim wybrzeżu macie wszystko: Hogwart, Hogsmeade, ulice Pokątną, bank Gringotta czy Hogwart Express. Na zachodnim wybrzeżu dostępny jest z tego tylko mały wycinek.

The Wizarding World of Harry Potter

Jeśli oceniamy landy to ten poświęcony Harry’emu Potterowi to zdecydowane 10/10. Park ma wszystko: multum atrakcji żywo wyjętych z filmów i książek, postaci spacerujące po najważniejszych miejscach, niebywały rozmach i… magię. Jest niewiele miejsc gdzie możecie aż tak zanurzyć się w klimacie, że zapominacie gdzie tak naprawdę jesteście. Orlando i jego świat czarodziejów to ma!

Do parku wybraliśmy się dzień po wielkiej ulewie, która przeszła nad Orlando (odsyłam do wpisu o Disney World). Od rana niebo wyglądało złowieszczo i byliśmy przygotowani na deszcz, który jednak nigdy nie spadł. Jest to o tyle ważne, że park… świecił pustkami. Po 3- czy 6-godzinnych kolejkach w Disneyu, Universal przywitał nas 15-minutowym oczekiwaniem, a na niektóre atrakcje wchodziliśmy z marszu. W tym na oba w świecie Harry’ego Pottera! Przejażdżki w Banku Gringotta i w Hogwarcie nie stoją na wizualnym poziomie Pandory z Disney World (bo nic nie stoi!), ale są dobrze przemyślane i pasują do atmosfery świata J.K. Rawling. Uciekamy przed smokiem, bierzemy udział w meczu Quidditcha, atakują nas pająki czy Dementorzy, włamujemy się do banku i dajemy w długą przed Voldemortem. Istna rewelacja!

W Hogsmeade spróbowaliśmy sławnego butter beer. Domi nie mogła go zdzierżyć, podczas gdy ja opróżniłem kufel ze smakiem. U Olivandera na ulicy Pokątnej można było kupić różdżki, sklep braci Wealseyów obfitował w znane z książek czekoladowe żaby czy fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta. Wielką frajdą był przejazd Hogwart Express z ulicy Pokątnej do Hogsmeade, albo w drugą stronę (my przejechaliśmy się w obie). W trakcie jazdy w pociągu można było dostrzec za szybą Harry’ego, Hermionę czy Rona, ale też atakowały nas Dementory. Dodajmy do tego jeszcze ruszające się obrazki w gazetach oraz postaci w obrazach w Hogwarcie, rewelacyjne Gobliny w Banku Gringotta, które były animatronikami oraz prześliczny domek Hagrida. Mówiliśmy już, że 10/10?

Jurassic Park

Oprócz Harry’ego Pottera największą atrakcją parku jest Jurajski Park. Kiedy my byliśmy w Orlando w 2017 roku, ta atrakcja właśnie się zamykała. Od 2019 roku w jej miejsce powstało Jurassic World, nawiązujące do nowych filmów i bohaterów. My mieliśmy szczęście załapać się jeszcze na erę doktora Granta, Sattler i Malcoma. Mimo, że przejażdżka aż krzyczała: „lata 90′!” to bawiliśmy się na niej znakomicie i to z 2 albo nawet 3 razy. Nagraliśmy nawet na telefonie sam początek, ale było to w czasach przed GoPro, także wybaczcie jakość!

Usłyszeć słowa „Welcome to Jurassic Park” pod tą bramą to spełnienie największych gówniarskich marzeń. Pierwszy raz film Spielberga oglądaliśmy jako 10-latkowie, także trwale zapisał się w naszej pamięci. Myśląc o dinozaurach w pierwszej kolejności myślimy o wsypie Isla Nublar i akcji tego popcorniaka z 1993 roku.

King Kong, Spiderman, Jimmy Fallon i Simpsonowie

Tak jak już wspomnieliśmy, Universal Studios w Orlando mieści się na ogromnej przestrzeni. To tak naprawdę dwa parki, które połączone są linią Hogwart Express. Dzięki temu na Florydzie można było zbudować bardzo wiele pomysłowych i trzymających w napięciu atrakcji. Polecamy ekscytujący ride 3D King Kong czy Transformersów. Zaskakująco świetni są Simpsonowie, a przerażającym rollercosterem w ciemności okazała się Mumia. Dobrze bawiliśmy się na animowanym Spidermenie czy jeżdżąc po ulicach Nowego Jorku z Jimmym Fallonem.

Byliśmy w parku przez 12 godzin i nie chcieliśmy z niego wychodzić. Poziom rozrywki, który Universal nam zapewnił był niesamowity i w żadnym innym parku nie bawiliśmy się tak doskonale. To było wejście do świata Hollywood, fantazji, magii i prehistorii. Przejażdżki są zdecydowanie bardziej dla dorosłych niż w Disneyu, a ich liczba jest imponująca. This is the park you’re looking for!

Podsumowanie

Jeśli przeczytaliście wszystkie akapity wyżej to wiecie, że werdykt może być tylko jeden. Nie ma co lać wody. 10/10. Warte każdej ceny! Koniecznie jednak skorzystajcie z pakietu dwóch parków (Universal Studio Florida + Universal’s Islands of Adventure).

Ile to kosztowało

1 dzień w Universal Studios Orlando, dla dwóch osób:
Bilety: 1200 zł (2 Park to Park Tickets, dzisiaj niestety kosztuje to koło 1400 zł)
Jedzenie: 300 zł (amerykański standard ze straganów, czyli hot dog, piwo i churro, którego nie polecamy)
Hotel: w Disney Resort dzięki uprzejmości naszych przyjaciół
Pociąg: 800 zł (z Miami w dwie strony, ale trzeba kupić z wyprzedzeniem)

Disney World Orlando

Nasza pierwsza wizyta w świecie Walta Disneya przypadła na Orlando. Do wyboru mieliśmy cztery parki i postawiliśmy na Animal Kingdom. To właśnie tam oddano do użytku Flight of Passage, czyli przejażdżkę ze świata Avatara. Skuszeni świetnymi recenzjami, ale też przerażeni informacjami o kolejkach udaliśmy się do parku. O ile samo Animal Kingdom jest ok, to Pandora i jej główna atrakcja są nie z tego świata!

Pandora

Świat z filmu Jamesa Camerona został znakomicie odwzorowany. Disney postarał się nawet o wiszące skały, wspaniałe wodospady czy niesamowitą roślinność. Samo przebywanie w tym landzie było bardzo ekscytujące, gdyż architekci naprawdę dograli każdy, choćby najmniejszy szczegół. I uwierzcie, będziecie mieli czas przypatrywać się temu światu, gdyż czas oczekiwania w kolejce do ride’u to… 6 godzin! Tylko dzięki temu, że nasz przyjaciel George poświęcił się i był w parku już od godz. 6:00 rano by zająć kolejkę, pozwoliło nam czekać w niej zaledwie… 3 godziny. I mimo tego, było warto!

Ride to zapierający dech w piersiach lot na lokalnym stworzeniu z Pandory – banshee. Dzięki najnowocześniejszej technologii czuliśmy wiatr we włosach, a przeciążenia przy locie w dół były spore. Ta przejażdżka to połączenie kolejki górskiej z niesamowitej jakości obrazem, który oglądamy w specjalnych okularach 3D. Przez te 4 i pół minuty zapominacie, że jesteście w parku i przenosicie umysł do Pandory, dokładnie jak do swojego avatara w filmie. 6-godzinne kolejki to nie przypadek. Ta iluzja jest po prostu PERFEKCYJNA, więc wychodząc z atrakcji myślicie tylko o tym jak tam wrócić. Mimo, że filmik z ride’u nie oddaje nawet w 1% emocji, to i tak warto rzucić na niego okiem.

Zwierzaki

Filight of Passage to najbardziej magiczny moment z naszych parkowych doświadczeń. Żadna inna przejażdżka nigdy się do niej nie zbliżyła. Także możecie się domyślać, że kolejne atrakcje w Animal Kingdom cieszyły nas już dużo mniej. Trzęsienie ziemi, niczym w filmach Alfreda Hitchcocka, było na samym początku. Ale potem akcja jednak siadła.

Animal Kingdom, jak sama nazwa wskazuje, to park poświęcony przede wszystkim zwierzętom, czyli prawdziwe disneyowskie zoo. Dzięki temu mogliśmy zobaczyć kilkanaście afrykańskich ssaków i gadów, jeżdżąc w specjalnie zaprojektowanych wozach. Jeśli Amerykanina nie stać na wycieczkę do Serengeti, to wybiera w ich mniemaniu next best thing, czyli Disney World.

Floryda > Kalifornia

Disneyworld na Florydzie ma 4 parki, podczas gdy Kalifornia ma do zaoferowania tylko 2. Dlaczego? Chodzi o miejsce, a w zasadzie tysiące kilometrów kwadratowych, które można na wschodnim wybrzeżu jeszcze zagospodarować. To właśnie z tego względu Disney na Florydzie ma o wiele więcej atrakcji niż w Anaheim, bo ma gdzie je pomieścić. Podobnie sytuacja ma się do Universal Studios, ale o tym już w kolejnych wpisach.

Uwaga na pogodę!

Nasze wakacje na Florydzie przypadły na przełom sierpnia i września, czyli sezon huraganowy. W tym okresie groźne i gwałtowne burze to coś naturalnego. My mieliśmy okazję przeżyć największą w życiu ulewę będąc pod parkiem, tuż po wyjściu z niego. Nagle zaczęło padać i przestało po dobrej godzinie. Plusem było to, że w końcu było czym oddychać. Wilgotność na Florydzie odczuwa się dużo gorzej w głębi półwyspu niż nad oceanem.

Podsumowanie

Nasz pierwszy kontakt z Disneylandem i nawet nie zobaczyliśmy Myszki Miki… Mimo to wspominamy go świetnie dzięki Pandorze i niesamowitej przejażdżce na banshee. Zobaczyliśmy też co oznaczają wielogodzinne kolejki i horrendalne tłumy. Jeśli będziecie w Orlando polecamy Wam zarówno Animal Kingdom, jak i Magic Kingdom, gdzie zobaczycie wszystkie klasyczne atrakcje, które zaliczyliśmy w Paryżu i Kalifornii. Minusem jest fakt, że nowo otwarte Galaxy’s Edge mieści się w Hollywood Studios, a to oznacza trzeci park do odwiedzenia, czyli kolejny dzień. W Disney Worldzie jednak możecie bawić się nawet przez tydzień.

Ile to kosztowało

1 dzień w Disney World, dla dwóch osób:
Bilety: 800 zł
Jedzenie: 300 zł (amerykański standard ze straganów, skrzydełka z kurczaka i piwo)
Hotel: w Disney Resort dzięki uprzejmości naszych przyjaciół
Pociąg: 800 zł (z Miami w dwie strony, ale trzeba kupić z wyprzedzeniem)

Disneyland California

Mając zaliczone już dwa Disneylandy, we Francji i na Florydzie, początkowo nie planowaliśmy kolejnej wycieczki do świata Walta Disneya. Wtedy jednak usłyszeliśmy o otwarciu nowego landu poświęconemu Gwiezdnym Wojnom. Decyzja mogła być tylko jedna i wybraliśmy się Uberem z kalifornijskiego wybrzeża do Anaheim, by odwiedzić nasz trzeci park w życiu. Moc jest z silna z Galaxy’s Edge, ale to miejsce nie jest wolne od wad.

Galaxy’s Edge

Nowy land kupił nas przede wszystkim swoim wystrojem. Cała otoczka ze znanymi statkami kosmicznymi z gwiezdnej sagi nadaje temu miejscu klimatu. Kiedy wkraczacie do Galaxy’s Edge odcinacie się grubą kreską od wszystkich innych landów, które Disneyland ma do zaoferowania. Star Wars mają swój świat, który się kupuje. Są jednak dwa dość oczywiste minusy: planeta która została zaprojektowana nie odzwierciedla żadnego ze znanych nam światów, a po drugie odczuwalny jest brak starych bohaterów (Hana, Lei czy Luke’a). Czasem możecie wpaść na Chewbaccę, ale to tyle. Disney postawił przede wszystkim na postaci z nowej trylogii.

Smuggler’s Run

Jedynym „ridem” dostępnym w lecie 2019 roku było Smuggler’s Run, czyli lot Sokołem Millenium przez galaktykę. By nie stać w godzinnej kolejce ruszyliśmy do miejsca, gdzie ludzie czekali na „single ride”. Oznacza to, że szybciej skorzystamy z tej atrakcji od innych, ale niekoniecznie będziemy w tym samym momencie cieszyć się z przejażdżki. Tym razem jednak szczęście nam dopisało i oboje zasiedliśmy do kokpitu Sokoła, będąc członkami tej samej 6-osobowej grupy.

Co do przejażdżki mamy mieszane uczucia (ja jestem bardziej na „tak”, Domi na „nie”). Niezaprzeczalnie lot w nadświetlną wywołał u nas ciarki. Zobaczyć na własne oczy to, co do tej pory znaliśmy tylko z filmów oraz wyczynów Hana Sola, i co więcej poczuć szybkość, którą gwarantuje nam ta symulacja, to coś niezapomnianego. I o ile dla mnie to już wystarczyło, bym wystawił tej atrakcji wysoką notę, to Domi była bardziej wymagająca. Otóż Smuggler’s Run trwa około 4,5 minuty, a największa frajda dzieje się po 60 sekundach i potem już nic Was aż tak nie zaskoczy ani nie oczaruje. Inna sprawa, że zostaliśmy wybrani jako Inżynierzy, a nie Piloci czy Strzelcy, więc nasze obowiązki ograniczały się do wciskania świecących się przycisków. Przejażdżka ta zakończyła się sukcesem, czyli dolecieliśmy do celu i nie zostaliśmy zestrzeleni. Jako, że Disney pomyślał o kilku scenariuszach to ta zabawa mogłaby się dla nas skończyć szybciej i to z bardziej mieszanymi uczuciami.

Kantyna w Mos Eisley…

…to nie jest, ale miejsce w którym byliśmy robi wrażenie. Mimo, że nie mieliśmy rezerwacji, udało nam się dostać do jednego z najbardziej obleganych punktów na mapie Galaxy’s Edge – baru. Wystrój i muzyka robią tam kapitalny klimat, w rolę DJ-a wciela się droid, a podane drinki były pyszne. Co ważne, to jedyne miejsce w całym Disneylandzie, gdzie można kupić alkohol! Pamiętajcie jednak, żeby patrzeć na ceny przed zamówieniem. Możecie wybrać drinka za $15, ale i za $50.

Jednym z czynników, przez które Galaxy’s Edge nam się spodobało, był brak tłumów. Otóż nowy land jest finansowym i frekwencyjnym… niewypałem Disneya i szczerze mówiąc, to dla odwiedzających świetna informacja! W parku można się dobrze bawić, ale zabawa będzie o tyle lepsza jeśli będziecie mieli sporo przestrzeni wokół siebie i krótsze kolejki. Na Florydzie w jednej kolejce staliśmy 4 godziny, tutaj max. 30 minut. Księgowi płaczą, my się cieszymy.

Reszta parku? Niezmiennie warta odwiedzenia

Star Wars były naszym głównym celem, a pozostałe atrakcje traktowaliśmy jako dodatek, ale absolutnie się nie zawiedliśmy. Bardzo szybko okazało się, że przejażdżka z Indianą Jonesem jest zdecydowanie lepsza niż w Paryżu. Tam był to szybki rollercoster bez klimatu filmowego, tutaj wszystko od muzyki, przez wystrój, po sam „ride” ociekało nim. Podobało nam się tak bardzo, że dwa razy się nią przejechaliśmy, by tylko pomóc Indiemu wydostać się ze świątyni. Na plus oceniliśmy też Piratów z Karaibów, którzy mieli zdecydowanie większy spadek w trakcie jazdy niż w Europie, a przez to atrakcja wyzwoliła więcej emocji.

Rewelacyjnie bawiliśmy się na Hyperspace Mountain, które zostało przerobione na atrakcję Star Wars i biło na głowę swą paryską wersję, a Big Thunder Mountain dało nam sporo funu jak zwykle, mimo że przejażdżki różniły się konstrukcją. To czego Paryż nie ma to Matternhorn Bobsleds i przede wszystkim Splash Mountain. Obie polecamy, ale to zdecydowanie wodna atrakcja zdobywa nagrodę najbardziej emocjonującej! Jungle Cruise, na bazie którego powstał nowy przygodowy film Disneya z The Rockiem, to mocno dziecięca rozrywka do zapomnienia. Zdecydowanie większą radochę mieliśmy na… Filiżankach Szalonego Kapelusznika!

Podsumowanie

Disneyland jest zawsze magiczny i ma przed sobą ekscytującą przyszłość. Niedawno ogłoszono powstanie landu poświęconego filmom Marvela, także możemy spodziewać się, że w następnych latach parki na Florydzie i w Kalifornii będą miały pełne ręce roboty z tabunami turystów. Mimo, że Galaxy’s Edge okazało się z punktu widzenia Disneya niewypałem, to warto je zobaczyć, bo nie ma większego funu niż korzystanie z atrakcji bez kolejki. Po samym parku widać, że został zbudowany najwcześniej i pewnych atrakcji nie sposób unowocześnić uprzednio ich nie demontując. Najlepiej to widać po symbolu Disneylandu – zamku. W porównaniu do swego francuskiego odpowiednika wygląda jak jego niewyrośnięty brat. Tym razem byliśmy tylko w jednym parku, odpuszczając zupełnie California Adventure, na który nie mieliśmy czasu.

Ile to kosztowało

1 dzień w Disneylandzie, 1 park, dla dwóch osób:

Uber: 400 zł (przyjazd z Marina Del Rey i z powrotem)
Bilety: 800 zł (cena różni się w zależności od sezonu, my byliśmy tuż po)
Kantyna: 280 zł (tak, Domi wzięła drinka nie patrząc na cenę :D)
Jedzenie: 120 zł (jedliśmy na straganach, bo ceny w restauracjach to niezły skandal, tani koszt kosztem smaku…)

Everglades

Wypad do Parku Narodowego Everglades zajął nam pół dnia, w trakcie którego zobaczyliśmy aligatory żyjące w swoim naturalnym środowisku. O ile wyobrażaliśmy sobie podróż przez bagna i mokradła trochę inaczej, to ciężko było oczekiwać, by za mniej niż $50 od osoby zabrali nas na niezapomnianą wyprawę do serca rezerwatu w stylu Indiany Jonesa. Everglades jest ogromne i leży na powierzchni 6000 km², czyli gdyby przenieść ten park do Polski to zająłby 2/3 województwa opolskiego. Rozumiemy więc dlaczego w ramach tej wycieczki rzuciliśmy na park tylko okiem.  

Potwory z bagien

Przed wykupieniem biletu dostaliśmy informację, że firma nie daje pewności, że podczas 60-minutowego rejsu po bagnach na pewno zdołamy zobaczyć aligatory. Ryk silników, pochodzących od szeregu airboatów przepływających co chwilę po tej samej, z góry wytycznej, trasie nie powoduje, że aligator chce nagle wypłynąć na powierzchnię do zdjęcia. Dlatego też ucieszyliśmy się, że w trakcie touru ujrzeliśmy dwa młode osobniki. Dużo zawdzięczamy siedzącej przed nami Włoszce, która nagle zaczęła krzyczeć: „Coccodrillo! Coccodrillo!”, zwracając naszą uwagę.

Natura niedotknięta przez człowieka

Oczywiście wiemy, że wpływ ludzi na Everglades jest coraz większy, a nasza obecność tam na zorganizowanej wycieczce najlepiej świadczy o fakcie, że ta natura nie jest tak do końca „niedotknięta”. Kiedy jednak wypłynęliśmy wgłąb parku mogliśmy zobaczyć wyłącznie bagna, ptaki i rośliny. Jak okiem sięgnął, cały horyzont wypełniony był przyrodą w swoim naturalnym stanie. O ile same aligatory były fajne, to prawdziwym języczkiem u wagi była właśnie natura.

A na koniec show

Po zwiedzaniu mokradeł zabrano nas na „Gator Show”, czyli wkładanie głowy do pyska otumanionego aligatora. Ten element wizyty nie podobał się nam, dlatego też nie chcieliśmy robić sobie zdjęcia z małym krokodylem, który miał związany pysk. Ludzie z Everglades Holiday Park robią jednak ten show, by zarobione pieniądze w jakiejś części przeznaczać na ratowanie zwierząt. Do ich codziennych zajęć należy łapanie aligatorów, które zabłądziły w okolicach przedmieść. Hycle z Florydy odławiają zbłąkane gady np. z przydomowych basenów.

Podsumowanie

Wycieczka na pewno jest warta swojej ceny, ale było to jednak lizanie cukierka przez papierek. Inne biura proponują nawet 2-dniowe eskapady do samego serca Everglades, które na pewno są bogatsze o dreszczyk emocji. W czasie kilkugodzinnego postoju są też większe szanse na zobaczenie florydzkiej fauny w całej okazałości (np. pytonów, rysi czy pum). Poza show, które było zupełnie niepotrzebne, do gustu nie przypadło nam… jedzenie. Lokalny bar nie oferował nic ciekawego poza amerykańskimi standardami w wersji ekstra tłustej. Z tercetu chili cheese fries, onion rings, Budweiser, najlepiej smakowało piwo.

If the devil ever raised a garden, the Everglades was it.

James Carlos Blake

Ile to kosztowało

Prawie 4-godzinny tour do Everglades dla dwóch osób:

Tour – 360 zł (w tym transport spod hotelu w Miami, w dwie strony)
Jedzenie – 80 zł (ale wolelibyśmy zostać przy samym piwie)

Key West

Na Key West byliśmy przez około 8 godzin, ale widzieliśmy zdecydowaną większość atrakcji, którą ta mała wysepka ma do zaoferowania. Piękne domki będące mieszanką stylu wiktoriańskiego i tropikalnych tradycji, malownicza okolica i ocean tak gorący, że nie potrafiliśmy wytrzymać w wodzie dłużej niż 5 minut. Oto jedyny fragment Stanów Zjednoczonych w strefie tropikalnej.

Route 1 – droga jest tak samo ważna jak cel podróży

Podróż z Miami na Key West jest atrakcyjna z uwagi na trasę jaką trzeba pokonać. Malownicza Route 1, która ciągnie się od granicy z Kanadą w stanie Maine, kończy swój bieg właśnie na Key West na Florydzie. Prawdziwa frajda zaczyna się po wjechaniu na Seven Mile Bridge. Ze swojej lewej strony widzimy Ocean Atlantycki, a po prawej rozpościera się widok na Zatokę Meksykańską. Przez ponad 11 kilometrów wydaje nam się, że jedziemy wprost do oceanu

Karaiby

Po przyjeździe na Key West człowiek od razu rozumie, że właśnie wjechał do strefy tropikalnej. Gorąco, parno i duszno, ale też niesamowite widoki, szczególnie kiedy przyjedzie się na jedną z pięciu lokalnych plaż. I o ile sama plaża wygląda jak z pogranicza jawy i snu, z palmami nachylającymi się w stronę oceanu, to sam ocean jest… nie do wytrzymania. Temperatura wody przy brzegu była wyższa niż temperatura powietrza (która była w okolicach 35℃). Tak szybko jak weszliśmy do wody w poszukiwaniu orzeźwienia, tak szybko wynurzyliśmy się i wróciliśmy na plażę. Z uwagi na temperaturę ocean był w tym miejscu mocno zanieczyszczony glonami i algami, przez co woda była zaskakująco mętna.

Ernest Hemingway i domki

Key West znany jest ze swych charakterystycznych domków, które robią piorunujące wrażenie. Co ciekawe, nie są one w jednym wybranym obszarze, ale występują równomiernie na całej wyspie. Wynika to z faktu, że władze uchwalimy ustawę, która wyznacza maksymalną wysokość nowych budynków. Dzięki temu niezależnie gdzie jesteś, zawsze masz wrażenie otaczającego cię luksusu i piękna. Wśród atrakcji turystycznych jest domek Ernesta Hemingwaya, w którym pisarz mieszkał przez prawie 10 lat. Nieopodal domu (w sumie wszędzie jest blisko) wznosi się za to latarnia morska, na którą można wejść, a tuż za rogiem czai się Biały Domek, czyli letniskowa posiadłość prezydent USA – Harry’ego Trumana.

Key West to najbardziej na południe wysunięty punkt kontynentalnych Stanów Zjednoczonych. Od tego miejsca na Kubę dzieliło nas zaledwie 90 mil morskich. Wpływ Kubańczyków na tę wyspę jest oczywisty. Wystarczy tylko zrobić przegląd lokalnych restauracji, by zauważyć, że wiele z nich specjalizuje się właśnie w kuchni rodem z Hawany.

Gdzie jeść, jak się poruszać

Zwykle powiedzielibyśmy, że najlepszym rozwiązaniem na tak małej przestrzeni są spacery, ale nie tym razem. Z powodu temperatury, którą znosiliśmy dużo gorzej niż w Orlando czy Miami, po parunastu minutach piechotą poddaliśmy się i wezwaliśmy Ubera. Cena była oczywiście śmiesznie niska, biorąc pod uwagę, że północ od południa wyspy dzieli 3,5 km.

Obiad zjedliśmy w Pinchers, czyli zadziwiająco smacznej i taniej restauracji w centrum Duval Street, czyli najdłuższej i najważniejszej ulicy na Key West. Oprócz typowo amerykańskiego jedzenia, jak burger czy skrzydełka, na stół wjechało piwo i drinki. Szczególnie o drinkach długo nie zapomnimy, zarówno z powodu smaku, jak i brain freeze, który odczuliśmy po zbyt łapczywym opróżnieniu szklanki 😉 Próbowaliśmy też sławnego Key Lime Pie i tutaj konsensusu nie ma. Dla Domi pyszny, dla mnie obrzydliwy. You be the judge.

Podsumowanie

Key West i archipelag Florida Keys to jedno z ulubionych wakacyjnych destynacji Amerykanów, zaraz za Hawajami. Maleńka wyspa jest droższym miejscem niż Miami, ale podczas jednego dnia pobytu zupełnie tego nie widać. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie byśmy mieli tam zostać dłużej niż 1 dzień, ale bardzo się cieszymy, że mogliśmy zobaczyć to piękno i porządek na własne oczy. Miasto to zostało zaprojektowane od linijki i wszystko jest tam na swoim miejscu. Co ciekawe, Key West leży w pasie huraganowym, a to oznacza, że co roku te małe, drewniane domki są wystawione na próbę przez siły natury. Nie wiemy czy wszystkie wytrzymują, ale jako że na Key West mieszkają przeważnie milionerzy, to gdyby była taka potrzeba to szybko zbudowano by nowe.

We’re all here ’cause we’re not all there!

O mieszkańcach Key West. Autor nieznany

Ile to kosztowało

1 dzień na Key West, dwie osoby

Autobus – 240 zł (z Miami spod hotelu, w dwie strony)
Jedzenie – 200 zł (obiad dla dwóch osób)
Transport – 120 zł (trzy przejazdy)
Piwo w lokalnym monopolowym – 70 zł (dużo piwa)

Waszyngton

Waszyngton ma swoje niezaprzeczalne plusy i cieszymy się, że mogliśmy go zobaczyć z bliska. Jest to jednak na pewno miasto na jedną wizytę. Przez 10 godzin na miejscu widzieliśmy wszystko na czym nam zależało i gdybyśmy mieli tam nagle wrócić nie wiedzielibyśmy za bardzo po co. Stolica USA to zdecydowanie wycieczka fakultatywna, a nie główny punkt programu.

Budynki, które robią wrażenie

Nie oszukujmy się, każdy na świecie wie co to Biały Dom, także znalezienie się pod nim byłoby na pewno jakimś wydarzeniem dla każdego. Szczerze mówiąc jednak, jest to jedno z tych miejsc, które bardziej zawodzi niż ekscytuje. Podobne odczucia mieliśmy ze Statuą Wolności czy Koloseum. Fajne, ale telewizyjne ujęcia sprawiały dużo lepsze wrażenie niż rzeczywistość. Na pewno na taki odbiór miał wpływ fakt, że wszystkie okoliczne ulice w dniu naszej wizyty były zamknięte i obstawione policją. Biały Dom widzieliśmy więc z pewnej odległości i nie z tej strony, z której chcieliśmy. Na szczęście nie samą siedzibą prezydenta Stanów Zjednoczonych człowiek żyje. Kapitol, Mauzoleum Abrahama Lincolna, Pomnik Waszyngtona czy staw przed Pomnikiem Lincolna są zdecydowanie bardziej dostępne i robią dużo lepsze wrażenie.

Nasze reakcje na pewno się od siebie różniły. Domi nie interesuje się przesadnie amerykańską polityką i historią, więc te miejsca nie miały dla niej takiego znaczenia jak dla mnie. Oboje jednak poczuliśmy się mocno przejęci, gdy doszliśmy do ogromnego Pomnika II Wojny Światowej czy Vietnam Veterans Memorial.

Waszyngton na piechotę

Ogromnym plusem po Nowym Jorku był fakt, że cały Waszyngton zobaczyliśmy spacerując. Miasto jest niezwykle skondensowane, także od momentu wyjścia z Union Station mieliśmy prosty plan, w którym kierunku iść by zobaczyć wszystko z listy. Nasi amerykańscy przyjaciele dziwili się bardzo, że planujemy CHODZIĆ, ale po co mielibyśmy płacić za transport miejski, skoro jedno kultowe miejsce oddalone jest od następnego o jakieś 15 minut piechotą? Tu nawet nie chodziło o aspekt finansowy, ale o to, że skoro możemy iść to czemu mielibyśmy z tego rezygnować? Koncept dla Amerykanów zupełnie obcy!

Spacer ma to do siebie, że o wszystkim decydujesz Ty. W naszym przypadku oznaczało to częste, ale również bardzo potrzebne przerwy na piwo. Zdecydowanie polecamy knajpę The Dubliner Restaurant. Szczerze nie pamiętamy jak tam dają jeść, ale napić można się odpowiednio i to w niskich jak na Stany cenach. Co ciekawe, było to jedyne miejsce gdzie widzieliśmy tłumy ludzi. W środku ledwo można było szpilkę wcisnąć, co było o tyle szokujące, że sam Waszyngton przypominał miasto duchów.

Od dworca do rzeki Potomak jest niecała godzina na nogach. Po drodze mijacie wszystko co w DC najważniesze.

Arlington – pozycja obowiązkowa

Dzięki śmiesznym jak na Stany odległościom, mogliśmy w trakcie zaledwie jednego dnia na miejscu, wymknąć się z DC i wkroczyć do stanu Wirginia. Tam zobaczyliśmy coś naprawdę niesamowitego – Cmentarz Narodowy w Arlington. Swoje nagrobki mają tam żołnierze, którzy stracili swoje życie w walce, czy też weterani wszystkich wojen począwszy od wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Miejscem, które trzeba koniecznie odwiedzić jest grób prezydenta Johna F. Kennedy’ego i jego brata Roberta. Kawał światowej historii u twych stóp.

Oczywiście po samym cmentarzu można poruszać się specjalnymi wagonikami, co ma zastosowanie szczególnie dla starszych osób. Arlington jest bardzo rozległe i jest tam kilka wzniesień, które trudno byłoby niektórym osobom pokonać. My po raz kolejny jednak wybraliśmy spacer, przez co czuliśmy się jakbyśmy byli na miejscu sami. Dopiero gdy wyszliśmy z cmentarza skorzystaliśmy z metra i po jakimś kwadransie znaleźliśmy się pod dworcem.

Pociągi dla bogatych, autobusy dla reszty

Do Waszyngtonu przyjechaliśmy pociągiem z Newark Penn Station i od razu zrozumieliśmy jak daleką drogę ma do przejścia nasze PKP. Czysto, schludnie, szybko, zazwyczaj na czas i z szybkim, darmowym wifi na pokładzie. Tak można podróżować! Co ciekawe, w drodze do DC nasz pociąg trafił w gałęzie, które po burzy wylądowały na trakcji. W konsekwencji konduktor zmniejszył prędkość, po czym wysadził nas z powodów bezpieczeństwa w Baltimore gdzie… czekał już na nas nowy, podstawiony pociąg. Pełen profesjonalizm, który jednak kosztuje. Bilety na trasie Newark-Waszyngton kosztowały naszą dwójkę 200$ w jedną stronę. Mogliśmy przejechać się taniej autobusem Greyhound, bo za około $40 od pary, ale…

Zdjęcie nie oddaje tego co tam się działo

W USA autobusy są dla ludzi mniej zamożnych przez co komfort podróży pozostawia wiele do życzenia. Siedzenia potrafią śmierdzieć moczem, na dworcu panuje chaos, a o takim czymś jak informacja można zapomnieć. Chcąc wrócić do Newark czekaliśmy ponad godzinę na spóźnionego busa. Na zamkniętym dworcu, z tuzinem autokarów z włączonymi silnikami. Ciemno, brudno, GŁOŚNO + spaliny, które czuć było po czasie na języku. Gdy wyszedłem z kolejki, by dowiedzieć się od obsługi ile jeszcze mamy czekać na busa, zostałem okrzyczany, że przechodzę przez linię i mam czekać jak łaskawie przyjedzie. Bo pasażer ma się słuchać, a pasażer zadający pytania wtyka nos w nieswoje sprawy. Nawet jeśli autobus spóźnia się ponad godzinę. To jest właśnie podróż za $40. Wkurzeni całą sytuacją stwierdziliśmy, że mamy gdzieś takie traktowanie i wydaną kasę, więc udaliśmy się na pociąg. Tam musieliśmy zapłacić $200, ale czuliśmy się jakby zabrano nas z meliny na salony. Przestaliśmy się dusić, uszy zaczęły odpoczywać, a sama podróż była komfortowa.

Podsumowanie

Waszyngton to miasto historii i polityki, w którym poza budynkami nie ma za bardzo co oglądać ani robić. Warto się wybrać jeśli jest się w okolicy, ale nie zaczynalibyśmy przygody ze Stanami od tego miasta. Jest to najbardziej specyficzne miejsce w USA, w którym byliśmy. W przeciwieństwie do panującej tam mody jest małe, przyzwyczajeni do amerykańskich tłumów czuliśmy się jak w post apokaliptycznym filmie. Garstka turystów, mało lokalsów, puste ulice. Idąc możecie spotkać (jeśli na kogoś wpadniecie) senatora albo kongresmena, którzy potem tym samym pociągiem wrócą do Nowego Jorku czy Filadelfii. Po co w końcu zostawać w Waszyngtonie?

If I wanted to go crazy I would do it in Washington because it would not be noticed

Irwin S. Cobb

Ile to kosztowało

Jeden dzień w Waszyngtonie bez noclegu:

Pociągi – 1600 zł (z Newark, w dwie strony)
Jedzenie i picie na miejscu – 300 zł
Metro – 30 zł
Czapka Make America Great Again kupiona dla jaj – 60 zł

San Diego

Skuszeni opowieściami o cudowności tego miasta udaliśmy się tam ze sporymi oczekiwaniami, którym San Diego nie do końca sprostało. Jednak pod kątem jedzenia, nie byliśmy w Stanach w lepszym miejscu. To prawdziwa kolebka kuchni w Ameryce, co z pewnością zawdzięczają bliskości granicy z Meksykiem oraz imigrantom z Włoch. Piękne widoki, cudowne jedzenie, ale samo miasto i plaże nie zrobiły na nas wielkiego wrażenia. To ciągle jedno z piękniejszych miejsc, w którym byliśmy w USA, ale do podium nie ma podjazdu.

Zacznijmy od minusów, by szybko mieć je z głowy. San Diego cierpi na lekką manię wielkości. Ich Balboa Park porównywany jest do nowojorskiego Central Parku, co wydaje się być głupim żartem. Ich plaże takie jak Coronado czy Mission są naprawdę fajne, ale kiedy słyszymy, że to najpiękniejsze plaże w USA, zaczynamy się zastanawiać czy ludzie widzieli Santa Monicę, Venice Beach, czy przede wszystkim South Beach w Miami. Nasze trzy dni w San Diego były bardzo udane i po tej wizycie musieliśmy zapinać pasek od spodni na inną dziurkę. Miasto to jest jednak na wskroś europejskie, dlatego nazywanie go najlepszym w Stanach wydaje nam się nietrafione. Warto jednak je zobaczyć!

Eat, jeść, comer, mangiare!

Amerykańskie jedzenie jest gówniane! Uff, w końcu to powiedzieliśmy. Mówimy oczywiście o jedzeniu tanim, takim dla turystów. Czasem jest smaczne, czasem nie, ale zawsze jest tłuste, niezdrowe i tuż po konsumpcji możecie poczuć się różnie. Amerykanie nie mają swojej kultury kulinarnej, dlatego naprawdę super jest pójść do knajpy, gdzie czerpią wzorce z innych krajów. Chodzi jednak o prawdziwie włoską czy meksykańską restaurację, a nie amerykańską podającą włoskie czy meksykańskie dania. San Diego ma szczęście do ogromnej liczby rewelacyjnych knajp, gdzie nie sposób kulinarnie zbłądzić. Mówimy tu zarówno o miejscach tanich, jak i tych droższych. Jak jeść to tam!

Absolutnie przepyszne fish tacos jedliśmy przy Mission Beach w Sandbar Sportsbar & Grill. Sławny sos guacamole w tym wydaniu jest godny swej sławy i w niczym nie przypomina tego, co do tej pory jadaliśmy w warszawskich knajpach. Będąc w San Diego można bardzo szybko przekonać się do meksykańskiej kuchni. Świetne burrito podają w Nico’s Mexican Food, malutkim przybytku pośrodku niczego, ale warto się tam wybrać by wszamać obiad za $8. Jako fani Włoch i wszystkiego co włoskie, byliśmy w szoku, kiedy w Buon Apetito, podali nam pastę tej samej jakości, co w naszych zaufanych knajpkach w Rzymie. Na owoce morza udaliśmy za to do Ironside Fish & Oyster, gdzie wszystkie wodne stworzenia, która trafiają na Twój talerz, są łowione tego samego dnia. Domi zamówiła lobster roll, który był absolutnie fenomenalny. Ja męczyłem się za to z krabem, a jeśli mam być szczery to pieprzyłem się z nim dobre 1,5 godziny, a mimo to wyszedłem z restauracji wzbogacony kulturowo 😉 Podsumowując: jeśli rzucisz kamieniem w San Diego to trafisz w szybę naprawdę dobrej knajpy.

Plaże – Coronado, Ocean & Mission Beach

San Diego ma do zaoferowania prawdziwy wachlarz plaż. Mimo, że wspomnieliśmy na wstępie, że widzieliśmy już w życiu ładniejsze, to nie sposób im odmówić uroku. W tym konkursie może być tylko jeden zwycięzca – Coronado Beach jest ogromna, przestronna, zadbana i dodatkowo ma w sobie klimat plaży dzikiej, oddalonej od cywilizacji, będącej gdzieś na uboczu. To poniekąd jest prawda, gdyż Mission Beach przewyższa ją tylko pod jednym względem – infrastruktury wokół. Jeśli chcecie dobrze zjeść, pójść do wesołego miasteczka z rodziną albo porobić coś innego niż wygrzewać się na plaży to Mission jest Waszym celem. Na Coronado bez środka transportu możecie czuć się uziemieni, ale widoki to rekompensują.

Coronado Beach

Ocean Beach ocenilibyśmy za to najniższej, gdyż wydawała się nam zupełnie niespecjalna. O dziwo filmik nagrany na niej pokazuje ją w zupełnie innym świetle, co pewnie jest zasługą przechodzących akurat surferów. Wniosek jest tylko jeden – GoPro nie można wierzyć.

Ocean Beach

Widoki – tylko z Sunset Cliffs Natural Park

Zdecydowanie najlepszym punktem wyjazdu (oprócz jedzenia) były klify. Widok na Pacyfik przy zachodzącym słońcu i otwartej butelce prosecco to prawdziwie niezapomniane chwile. Wokół nas ogromna przestrzeń, inni ludzie oddaleni o dobry kilometr, klimatyczna muzyka z telefonu i jesteśmy królami życia. To był ten moment w trakcie kalifornijskim wakacji, kiedy oboje wyłączyliśmy myślenie w tym samym czasie.

Ski Beach Park, Balboa Park, Little Italy

Ski Beach Park leży na wąziutkim przesmyku lądu otoczonym wodą i jest dobrym miejscem na wciśnięcie pauzy i napicia się piwa. Zadbany, zielony i czysty. Kiedy tam przyjechaliśmy sporo rodzin i grup znajomych rozstawiało grille i urządzało sobie piknik. My oczywiście byliśmy już najedzeni, ale chill w tym miejscu był rewelacyjny. W przeciwieństwie do… Balbao Park.

Ok. Musimy przyznać, że mieliśmy duże oczekiwania czytając porównania Balboa Park do Central Parku. Porównania te okazały się jednak nieuprawnione. Nie przeczymy, że duży park w środku miasta to duży plus dla mieszkańców, ale jest to miejsce słabo zagospodarowane. Po wejściu do parku widzieliśmy muszlę koncertową, japońskich ogród (a raczej wejście, bo płatny), dolinę (raczej dolinkę…) z palmami, dwa kościoły i… tyle! Koniec. Na pewno da się tam odpocząć i odciąć od zgiełku miasta, ale „drugi Central Park”?! To jak powiedzieć o Warszawie, że to drugi Nowy Jork, bo przecież są wysokie budynki.

Niedaleko Downtown mieści się urokliwa dzielnica Little Italy, wypełniona świetnymi knajpami. Wszyscy restauratorzy się znają, goście oprócz turystów to stali klienci, muzyka przywodzi na myśl wąskie uliczki, a widok na ocean sprawia, że przenosisz się nad włoskie wybrzeże. Amerykańscy Włosi podkreślają na każdym kroku swoje korzenie, oraz korzenie znanych artystów…

Dzielnica może i włoska, ale muzyka już nie

Podsumowanie

San Diego to świetne miejsce na wypoczynek. Multum plaż i restauracji, europejski styl i relatywnie niska liczba bezdomnych jak na Kalifornię. Próżno tu jednak szukać wpadających w oko landmarków czy uroków wielkiego miasta, które oferuje Nowy Jork czy Los Angeles. San Diego to idealna destynacja na weekend, szczególnie jeśli mieszkasz w oddalonym o 3h jazdy pociągiem LA. Na miejscu musisz poruszać się autem, gdyż odległości są znaczne. Oczywiście żałujemy, że nie zdołaliśmy zobaczyć Sea World czy sławnego zoo. Żaden budżet nie jest jednak z gumy, a doba ciągle trwa tylko 24 godziny.

You stay classy San Diego!

Ron Burgundy

Ile to kosztuje

Trzy dni w San Diego dla dwóch osób:

Pociąg – 700 zł (w dwie strony z LA, gdybyśmy zarezerwowali wcześniej zapłacilibyśmy połowę tej kwoty!)
Hotel – 750 zł (dwa noclegi ze śniadaniem)
Uber – 800 zł (9 przejażdżek)
Restauracje – 1400 zł (cztery obiady + lunch)
Nowe Ray-Bany, które musieliśmy kupić, bo Domi zgubiła stare na dworcu – 650 zł (God dammit!)